Zdzisław Beksiński urodził się 24 lutego 1929 r. w
Sanoku. W latach 1947- 52 studiował na Wydziale Architektury Politechniki
Krakowskiej. Dzięki nakazowi pracy, jaki obowiązywał absolwentów studiów
politechnicznych, znalazł się najpierw w Szczecinie, potem w Krakowie,
Rzeszowie, wreszcie w rodzinnym Sanoku. Architekturę porzucił na zawsze, gdy
przekonał się, że lepiej w życiu robić to, co się chce, niż to, czego się nie
chce. Tym drugim zajęciem, które go naprawdę zaczęło pasjonować, była sztuka.
Najpierw była fotografia. Zaczął się nią poważnie zajmować od ukończenia
studiów. Szybko zdobył uznanie i rozgłos wśród profesjonalistów. Został
członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, miał też wiele wystaw.
Traktował Beksiński materię fotograficzną odmiennie niż większość artystów.
Mniej interesował go sam fotografowany przedmiot, a bardziej okoliczności
"psychiczne" towarzyszące i przedmiotowi, i temu, który go fotografował. Wiele
z tych dzieł to abstrakcje wyprowadzone z materii rzeczywistego świata. Nawet
w "naturalistycznych" kompozycjach konkretne przedmioty traktował Beksiński
bardziej jako pretekst niż obiekt sam w sobie. Beksiński zestawiał na przykład
- na zasadzie kontrastu - faktury ciał (np. twarz dziecka i staruszki); od
materii w stanie czystym, naturalnym - wolał stan, w którym ulegała ona
zniszczeniu (dziecięce lalki połamane bądź pogruchotane).
Z tej wczesnej twórczości, do której Beksiński nigdy już nie wrócił, nasuwa
się wniosek istotny dla osobowości artysty: jego specyficzny stosunek do
rzeczywistości. Otóż nigdy nie był jej Beksiński tak blisko, jak wówczas.
Fotografia to wszak wizerunek realnego świata. Tymczasem właśnie ów świat był
Beksińskiemu całkowicie obcy. Liczył się jedynie świat przetworzony - i to
bardzo mocno - przez osobowość artysty. Owo "zniekształcenie" grało tu główną
rolę, ów moment pośrednictwa, gdy człowiek, artysta, mógł ingerować w realność
czasu i przestrzeni. Fotografia musiała pociągać Beksińskiego swoją
sztucznością, "chemicznością", jakby nienaturalnością w stosunku do
tradycyjnych sposobów przedstawiania w sztuce. Ujemną jej stroną była właśnie
konieczność odwoływania się do rzeczywistości obiektywnej, naturalnej. A
naturalności, realności jako takiej Beksiński po prostu nie znosił. Ta właśnie
cecha zadecydowała w dużej mierze o charakterze jego sztuki. Równolegle z
fotografią Beksiński rysuje. Są to przeważnie wykonane pastelami kompozycje
ekspresjonistyczne, z elementami postaci ludzkich, zdeformowanych i
przetworzonych artystycznie nieraz tak daleko, że sprawiają wrażenie struktur
na poły abstrakcyjnych. Tym bardziej, gdy pojawiają się elementy mechaniczne
wkomponowane w głowy czy postacie. Bogactwo użytych środków plastycznych -
Beksiński próbuje także tempery - ujawnia wielostronne możliwości
kształtowania materii przez tego "amatora" debiutującego przecież na nowym dla
siebie terenie. Beksiński, praktycznie odizolowany w swoim Sanoku od życia
środowiska artystycznego, nie pozostał przecież głuchym i ślepym maniakiem
skupionym wyłącznie na doskonaleniu rzemiosła. Była połowa lat
pięćdziesiątych, okres odwilży politycznej. Sztuka, zdominowana dotąd przez
doktrynę socrealistyczną, zaczyna wyzwalać się z pancerza nakazów i zakazów.
Nowiny ze świata artystycznego szybko opanowują podatne środowisko polskie.
Młodzi malarze, w tym nazwiska tak dziś wybitnie, jak Andrzej Wróblewski czy
mieszkający od wielu lat w Paryżu Jan Lebenstein, proponują malarstwo
ekspresyjne, o bogatej kolorystyce i fakturze, niekiedy wyraźnie odwołujące
się do tendencji abstrakcjonistycznych. Beksiński, który tych dzieł nie
widział, ale jak wszyscy dotknięty był wspomnianym "duchem czasu", stał się na
jakiś czas zdecydowanym rzecznikiem tych przemian.
To poddanie się tej
swoistej modzie widoczne jest może najbardziej w dziełach powstałych na
przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a także na początku
sześćdziesiątych. Pojawiają się wtedy kompozycje czysto abstrakcyjne,
realizowane różnymi technikami plastycznymi: rysunkiem, obrazem, reliefem ze
sztucznych tworzyw oraz drutu i blachy, a także rzeźbami i płaskorzeźbami z
gipsu. Beksiński próbuje różnych form i materiałów, zgodnie z wymaganiami
epoki, ale i zgodnie z wewnętrznymi predyspozycjami. Obrazy z blachy i drutu,
podobnie jak reliefy gipsowe, są abstrakcyjne w formie, ale ekspresjonistyczne
w fakturze. Artysta, który nie znosił abstrakcji geometrycznej, dokonuje tu
cudów technicznych w zagęszczaniu i komplikowaniu materii plastycznej. Blachy
i druty trawi kwasami, wypala, wykuwa, platynuje i szlifuje, tak że nabierają
niezwykłej gęstości. Ponieważ obrazy te budowane są warstwowo, płaskorzeźbiarsko, uzyskuje efekty tak wielostronne, że dzieła te da się
czytać wręcz literacko. Krytycy zazwyczaj dostrzegają w tych półprzestrzennych
obrazach wizerunki zbombardowanych miast, pejzaże zagłady i zniszczenia. W
atmosferze jeszcze bliskiej niedawno zakończonej wojnie reakcje takie nie
dziwią, chociaż sam artysta bynajmniej sensów takich we własnych dziełach nie
programował. Rok 1967 : Beksiński zaprezentował na wystawie w Warszawie
dzieła, które już trwale będą się kojarzyć z jego nazwiskiem. Zaskakują one
zarówno formą plastyczną, jak tematami. Są to bowiem rysunki prawie bez
wyjątku określane jako " erotyczne", przy czym erotyzm ich jest ostry,
agresywny, biologiczny. Ba, ocierają się niemal o pornografię. Jest w nich
jednak coś, co nie pozwala na zbyt jednoznaczne kwalifikacje. Coś, co wręcz
odwraca uwagę w inną stronę: specyficzne potraktowanie ludzkiego ciała.
Postaci przedstawiane przez Beksińskiego znajdują się mianowicie w stanie
rozkładu cielesnego: tkanka odchodzi od kości, te prześwitują spod zetlałej
skóry, skóra z kolei sprawia wrażenie łuszczącej się i odpadającej. Ale to nie
wszystko. Beksiński, jakby mało mu było efektu, skórę tę miejscami upodabnia
do pajęczyny, która oddziela się już od swojej nosicielki, żyjąc odrębnym
życiem przedmiotu dodanego. Podobnie żyły i naczynia krwionośne, czasem
obnażone, czasem tylko wyraziście rysujące się pod skórą: upodabniają się do
sznurków wiążących niekiedy postaci ze sobą w sposób dosłowny. W latach 1965-
66 zgłębia Beksiński technikę olejną. Długo opanowuje tę metodę malowania,
chcąc i tu osiągnąć , jak we wszystkim, czym się zajmuje, maksymalną biegłość.
Dopiero po pięciu latach, w 1970, decyduje się na pokazanie swoich prac
olejnych w Galerii Współczesnej w Warszawie. Wystawa ta i następna, na
przełomie lat 1972 i 1973, robi ogromne wrażenie na publiczności, teraz
dopiero poznającej "pełnego" Beksińskiego. Również środowisko artystyczne
przyjmuje malarza sanockiego jako "prawdziwego artystę", choć nadal jego
sztuka wzbudza kontrowersje, dzieli ludzi na bezkrytycznych zwolenników i
pełnych niechęci przeciwników. Nie pozostawia jednak nikogo obojętnym - i to
już jest zwycięstwo. W 1978 odbywa się w Krakowie, w Teatrze STU,
przedostatnia wielka wystawa obrazów Zdzisława Beksińskiego. Ostatnia tego
typu - ze zbiorów własnych - odbyła się w 1981 r. w warszawskiej Galerii A. i
B. Wahl. Od tego czasu artysta zrywa z publiczną prezentacją swoich prac, nie
widząc większego sensu w takiej formie rozpowszechniania własnej sztuki. Kto
się Beksińskim interesuje naprawdę, zawsze znajdzie sposób na obejrzenie
obrazów, choćby w Muzeum w Sanoku, gdzie jest ich zgromadzona duża i
reprezentatywna liczba, stale przez artystę uzupełniana. Od roku 1974
Beksiński maluje wyłącznie obrazy. Zazwyczaj techniką olejną, choć od jakiegoś
czasu odkrył też korzyści posługiwania się akrylem.
Dla postronnego i
przypadkowego obserwatora nie będą się zapewne różnić wiele od siebie. Ktoś,
kto zechciałby jednak wnikliwiej przyjrzeć się drodze twórczej malarza,
odkryje wyraziste ślady np. doskonalenia techniki, sprawniejszego formowania
świata przedstawionego. Ale ten wniosek będzie zawsze do obrony: Beksiński
maluje wciąż prawie to samo i prawie tak samo. Są to mianowicie, naprzemiennie
powracające w różnych odstępach czasu, niemalże stałe motywy: głów bądź
postaci obleczonych łuszczącą się skórą-pajęczyną, twarzy z profilu w hełmach
kutych w najprzeróżniejsze wzory, biblijnych Ukrzyżowań, płonących domów-
katedr, obiektów lecących w powietrzu, trupiopodobnych stworów pełzających po
ziemi, hieratycznie usadowionych postaci "królów" udrapowanych w fantastyczne
szaty, pejzaży morskich bądź łąkowych z motywami pojedynczych drzew, nagrobków
lub postaci usadowionych na krześle. Są to oczywiście dziesiątki motywów
innych, powtarzających się rzadziej bądź pojawiających się tylko raz, jako
dopełnienie bardziej częstotliwych. Jest jednak niewątpliwie tak, i potwierdzi
to każdy znający choćby kilka obrazów, że pędzel Beksińskiego krąży niemalże
po stałych orbitach.
Na pierwszy rzut oka wygląda tak, jakby twórczość Beksińskiego była dziełem
trzech co najmniej artystów; są tu reliefy o wyszukanej materii i
postrzępionych profilach; delikatne rysunki prowadzone cienką, pajęczą kreską
- oraz heliografie, obrazy i rzeźby, w niektórych powtarza się motyw głowy
ludzkiej, sprowadzonej do najprostszych kształtów, kojarzącej się nieodparcie
z czaszką. Można by wymienić także uderzająco różne jeszcze figury spiczaste,
spawane z płyt żelaznych, można by wymienić eksperymenty fotograficzne.
Zastanawiające zjawisko, jeśli wspomnimy innych współczesnych malarzy i
rzeźbiarzy, gotowych często dla jednolitości dzieła i konsekwencji drogi
twórczej powtarzać całymi latami repliki tej samej pracy. Artysta tan ma
rzadką odwagę angażowania się w coraz to nowe sprawy, odwagę kategorycznego
zrywania z jakimś ciągiem poszukiwań formalnych. Nigdy nie zadowala go
naszkicowanie propozycji, zasygnalizowanie pomysłu: za każdym razem angażuje
się w sposób poważny, powiedzmy nawet - solidny. Przystępuje do pracochłonnych
realizacji w materiale, wykonuje rzecz starannie, cierpliwie przechodząc przez
kolejne fazy narzuconych samemu sobie procederów...
tekst powstał w oparciu o: "Zdzisław Beksiński" - Tadeusz Nyczek
Arkady, Warszawa 1989 r.
Jeśli posiadasz w Swojej kolekcji jakieś obrazy Zdzisława
Beksińskiego, których tutaj nie ma i chciałbyś się dołączyć do tworzenia tej
witryny - DAJ ZNAĆ !!!